WSzP(1): Tam wyrastały nam skrzydła


Wileńska Szkoła Pedagogiczna w Nowej Wilejce, fot. ze zbiorów organizatorów I Zjazdu Absolwentów WSzP
Dziś rozpoczynamy w Wilnotece publikację cyklu wspomnień o Wileńskiej Szkole Pedagogicznej (WSzP) – nieco zapomnianej, a jakże zasłużonej dla Wileńszczyzny „kuźni” kadry pedagogicznej dla szkół polskich na Litwie. Wspomnienia te oraz bogate archiwum zdjęciowe zebrał i udostępnił nam (za co najserdeczniej dziękujemy!) absolwent tej szkoły, radny rejonu wileńskiego Michał Treszczyński, który podjął się także organizacji I Zjazdu Absolwentów WSzP i razem z gronem pomocników stara się dotrzeć do wszystkich, którzy uczyli się w Nowej Wilejce. Niektórzy absolwenci już zanotowali swoje wspomnienia i niech one będą zachętą dla innych oraz wstępem do tego wielkiego święta pamięci o początkach powojennego kształcenia nauczycieli polskich dla Wileńszczyzny. Niektórzy z nich, tak jak właśnie autorka niniejszych wspomnień Władysława Orszewska-Kursevičienė, zaczynali jeszcze w Trockiej Szkole Pedagogicznej, kontynuującej tradycje przedwojennego, polskiego Seminarium Nauczycielskiego, a ukończyli już Wileńską Szkołę Pedagogiczną, gdyż Nowa Wilejka akurat w tym czasie stała się dzielnicą Wilna. Jak „trakajska” szkoła stała się „wilniuską”? Zapraszamy do lektury!

W dzieciństwie zawsze marzyłam o tym, że zostanę nauczycielką i będę uczyła dzieci. Te moje marzenia podsycał starszy o osiem lat brat Edward, który od razu po wojnie skończył polską szkołę początkową w Antonajciach, a tam uczył dzieci jakiś profesor Uniwersytetu Stefana Batorego, ponieważ skrywał się na wsi od wywózki na Syberię. Otóż ten człowiek dał dzieciom tyle, ile nie otrzymały inne dzieci po wojnie uczone przez nauczycieli bez pedagogicznego przygotowania.

Ja skończyłam tę samą szkołę w Antonajciach tylko z tą różnicą, że tam już była litewska szkoła, a uczyła nas niejaka Genė Saulevičiūtė, która sama widocznie nie miała żadnego wykształcenia. O tym wnioskuję z tego, że na lekcjach tylko czytaliśmy, przepisywaliśmy teksty i rachowaliśmy, tj. dodawaliśmy i odejmowaliśmy. Jeżeli nauczycielka coś wyjaśniała, nic z tego nie rozumieliśmy, ponieważ tłumaczyła chyba po litewsku. Nawet o tabliczce mnożenia nie mieliśmy żadnego pojęcia. Tak skończyłam trzy klasy. Otrzymaliśmy nową nauczycielkę Czesławę Żylińską, teraz już była szkoła polska. Nowa nauczycielka zaczęła nas uczyć nie tylko czytać, ale i opowiadać, nie tylko dodawać i odejmować, ale i rozwiązywać zadania. Wiadomo, że i tabliczkę mnożenia musieliśmy zapamiętać, choć nie wszystkim to się udało. Prawda, że i ta nauczycielka nie miała pedagogicznego wykształcenia. To wnioskuję z tego, że po kilku latach, kiedy już uczyłam się w Trockiej Szkole Pedagogicznej, widziałam ją, kiedy przyjeżdżała sama zdawać egzaminy.

Skończyłam cztery klasy i poszłam do piątej do Borskun. Tam skład kadry pedagogicznej też nie był lepszy. Nawet sam dyrektor miał skończoną tylko siedmiolatkę. Matematykę wykładał człowiek, który nie mógł rozwiązać elementarnego zadania. Tylko jedna nauczycielka Zyta Bukiel była po dwuletnich studiach pedagogicznych – skończyła polonistykę w Instytucie Nauczycielskim w Nowej Wilejce. To była wspaniała pani, dzięki której napisałam pierwszy wierszyczek. Kiedy byliśmy już w siódmej klasie, do naszej szkoły przyszła jej siostra szesnastoletnia Anna Bukiel, która wiosną zdała maturę, a teraz zaczęła nam wykładać matematykę i chemię. Matematykę chyba sama dobrze umiała, więc i nas nauczyła. Tak że w szkole pedagogicznej z matematyką nie miałam żadnego kłopotu.

W 1956 roku skończyłam celująco siedem klas – jak wówczas się mówiło na wszystkie piątki. Z takimi wynikami mogłam bez egzaminów wstępnych wstąpić do Trockiej Szkoły Pedagogicznej. Należało tylko sprawdzić muzykalny słuch. W tamtym czasie (mam na uwadze początek lat pięćdziesiątych) my nie uczyliśmy się muzyki, nie było lekcji robót ręcznych. O jakiejś tam gamie usłyszałam od swojej młodszej siostry, ponieważ u nich już były lekcje z muzyki. Kuzynka Stasia Michmiel, która też trochę się uczyła w Trokach, zawiozła mnie na ten egzamin. Od siostry umiałam śpiewać gamę, słuch też był dobry, więc szczęśliwie dostałam się do szkoły.

Trocka Szkoła Pedagogiczna miała niewielką bursę, jednak tam mieszkali uczniowie starszych grup, więc trzeba było znaleźć jakieś mieszkanie. Od razu z koleżanką Marysią Kamilewiczówną znalazłyśmy mieszkanie na rogatce. Ludzie wówczas byli biedni, więc przyjmowali uczniów. Nasza gospodyni p. Sokolińska miała jeden pokój, ale przyjęła aż trzy dziewczyny – do nas dołączyła Marysia Kozłowska. Wkrótce Marysia Kamilewiczówna dostała miejsce w bursie, a ja i Kozłowska zostałyśmy na miejscu.

Na pierwszy kurs było przyjętych około 70 osób, wszystkich rozdzielono na dwie grupy – Ia i Ib. Ja znalazłam się w tej drugiej. W naszej grupie było 33 uczniów, siedmiu z nas tak samo jak ja dostali się bez egzaminów wstępnych, tj. skończyli siedmiolatkę celująco. Wkrótce się okazało, że oprócz mnie i jeszcze jednej panienki, ci „celujący” nie mieli żadnych podstaw. Nie potrafili pisać bez błędów, a o algebrze nie mieli żadnego pojęcia. Widocznie zaraz po wojnie na Wileńszczyźnie, a może i na całej Litwie był ten sam problem: brak kadry pedagogicznej. Przecież większość inteligencji zginęło z rąk okupantów albo zmuszeni byli wyjechać na stałe do Polski. Ale część uczniów jeszcze w 1957 roku wyjechała z rodzicami do Polski, niektórzy po prostu zrezygnowali z nauki, w 1960 r. skończyło ją tylko 22.

I tak uczymy się już w szkole pedagogicznej. Większość uczniów naszego kursu miała po 14 lat (rocznik 1942), ale było niemało młodzieży w starszym wieku. Najstarszy z nas był Ryszard Skinder, urodzony w 1937 roku. Niektórzy mieli po 16–17 lat. Wiadomo, że różnica wieku to i różnica poglądów na życie. My, czternastolatki, wszystkie z warkoczami ułożonymi „w koszyczek”, z kolorowymi wstęgami w warkoczach. Kilka starszych dziewcząt miało już ondulacje. Sukienki dziewcząt perkalowe, w zimie flanelowe, sweterki z domowej wełny. Na nogach byle jakie pantofelki, w zimie już chodziliśmy w wojłokach. Chłopcy także byli nie lepiej ubrani. Żyliśmy wszyscy biednie, więc z tego powodu żadnych przykrości nie odczuwaliśmy. Poprawa bytu przyjdzie po latach.

Dobrze zapamiętałam z tego okresu, że najpierw wszystkich nas zapisano do rozmaitych organizacji: do związku zawodowego, do DOSAF, kto nie był komsomolcem – do Komsomołu, do różnych kółek. Posłusznie pisaliśmy podania i stawaliśmy się członkami tych najprzeróżniejszych organizacji. Ja od razu zostałam zapisana do chóru i do zespołu wokalnego dziewcząt. Zapisałam się do kółka literackiego, do sekcji ping-pongu, a wiosną – nawet do kółka wioślarskiego. Chciałam być wszystkim, niestety moje możliwości i chęci były różne. Na pierwszym kursie regularnie uczestniczyłam w próbach chóru, o zajęciach w innych kółkach nie pamiętam.

Szkoła pedagogiczna bardzo się różniła od zwykłych szkół ogólnokształcących. Tutaj pracowali nauczyciele wykształceni, erudyci. Prawda, większość z nich to byli Litwini, którzy po wojnie wykładali już w litewskiej Trockiej Szkole Pedagogicznej, która na początku lat pięćdziesiątych przekształciła się w polską. Tutaj pracowało i kilku Polaków, było kilku Rosjan. Koleżanki z klasy prosiły, żebym im wytłumaczyła teorię literatury rosyjskiej. Teraz myślę: dlaczego? Czy naprawdę nie rozumiały, czy się nie wgłębiały? Bardzo podobały mi się lekcje historii, którą w Trokach wykładał nauczyciel J. Byczkowski. Fascynowałam się literaturą. Wszystkie przedmioty szły mi łatwo, oprócz wychowania fizycznego Zbliżał się koniec pierwszego semestru, a ja miałam najlepsze stopnie ze wszystkich przedmiotów w naszej grupie.

Właśnie pod koniec 1956 roku szkoła zorganizowała wycieczkę do Leningradu dla najlepszych uczniów. Z każdej grupy miał jechać tylko jeden. Pewnego dnia na lekcję wychowawczą przyszła nasza wychowawczyni Alfreda Stefanowicz i zadała takie pytanie:

– Kto jest najlepszym uczniem w klasie? Kto najwięcej pomaga innym?

Wszyscy zgodnie krzyknęli:

– Władzia!

– Więc Władzia i pojedzie do Leningradu.

Na wycieczkę do Leningradu chcieli wszyscy, więc niektórzy byli z tego bardzo niezadowoleni, zaczęły się różne zaczepki. Ale słowo wychowawczyni było najważniejsze.

Do Leningradu wyjechaliśmy pociągiem w czasie Bożego Narodzenia. Z nami jechała zastępczyni dyrektora N. Szawejko Podróż sfinansowała szkoła. To była moja pierwsza większa wycieczka. Po powrocie zorganizowano piękny wieczór wspomnień: każda z nas opowiadała o czymś innym. Ja, jako najmłodsza i najmniejsza uczestniczka, otrzymałam zadanie opowiedzieć o leningradzkim metrze, które niedawno zaczęło działać. Dla mnie, wiejskiej nastolatki, ta wycieczka była czymś bajecznym.

Z trockiego okresu dobrze zapamiętałam wieczory muzyki, które odbywały się raz na miesiąc. Szkoła miała umowę z Filharmonią Wileńską, więc przyjeżdżali wybitni litewscy śpiewacy operowi tego okresu, opowiadali o różnych stylach muzycznych, o różnych kompozytorach, wykonywali ich utwory. Każdy taki występ był dla nas świętem. Prawda, trzeba było płacić za wstęp, ale tylko po 1 rublu (na pierwszym kursie stypendium wynosiło 140 rubli, na drugim – 160, na trzecim – 180, a na czwartym – 200 rubli).

Na wiosnę gruchnęła wiadomość, że naszą szkołę przenoszą do Nowej Wilejki. Niektórym było lepiej, niektórym gorzej, ponieważ uczniowie pochodzili z całej Wileńszczyzny. Ja przyjęłam tę wiadomość raczej spokojnie, przecież teraz do domu miałam bliżej (pochodzę z rejonu szyrwinckiego, parafia Mejszagoła – przedwojenna Polska). Wkrótce Nowa Wilejka weszła w skład Wilna, dlatego teraz nasza szkoła pedagogiczna otrzymała nazwę Wileńska Szkoła Pedagogiczna.

Wileńska Szkoła Pedagogiczna żadnej bursy nie miała, więc od razu zaczęłyśmy poszukiwać mieszkania, znów z Marysią Kamilewiczówną i Teresą Tomaszunówną – wszystkie byłyśmy z tej samej miejscowości. Takie mieszkanie znalazłyśmy na ul. Olchowej przy samym kościele, niedaleko naszej nowej szkoły. Ale 1 września dowiedziałyśmy się, że będziemy mieszkać w pięć, ponieważ gospodyni przyjęła jeszcze 2 dziewczynki z Ejszyszek: Benię Krupowiesówną z IIb i Hankę z IIa.



Zaczął się nowy rok szkolny 1957/58. Część naszych byłych nauczycieli pozostało w Trokach, ponieważ otrzymali pracę w nowo założonej szkole-internacie. Inni przenieśli się do Wilejki lub do Wilna i stamtąd dojeżdżali do pracy. Wyszła za mąż  i do Wilejki nie przyjechała nasza wychowawczyni Alfreda Stefanowicz. Nie przyjechał i wykładowca jęz. litewskiego Kudaba (senior), matematyk (zapomniałam nazwisko), wykładowca muz. Eimanavičius i inni. Ale do Wilejki przyjechał psycholog Kęstutis Kudaba (syn), Kudabienė (matka), Henryk Moroz, Byczkowscy, Mozyrowie, Kirpicznikowa, M. Piotrowicz, Aldona Pielešynienė.

Pojawili się nowi nauczyciele, jedni w 1957, inni nieco później. Jedni byli najlepszymi naszymi doradcami, byliśmy z nimi w przyjacielskich stosunkach. Innych unikaliśmy, ponieważ, jak nam się wówczas wydawało, byli bardziej surowi, trzymali się na odległość. Jeżeli otrzymywaliśmy kiedyś dwóje, czyli stopień niedostateczny, winiliśmy za to nauczyciela, a nie samych siebie.

Wychowawcą naszej grupy został Kęstutis Kudaba. Był to spokojny i bardzo demokratyczny wychowawca, ale dla młodzieży wyszłoby na lepsze, gdyby był autokratą. Lubiliśmy go, ale wcale nie braliśmy sobie do serca jego uwag. Po roku wrócił do Trok i tam został kierownikiem wydziału oświaty, a my zostaliśmy bez wychowawcy. Jesienią 1959 r. zawieziono nas pod Poniewież na wykopki buraków cukrowych. Z nami jechała wykładowczyni pedagogiki Aldona Pielešynienė. Była to bardzo miła i wyrozumiała pani, więc poprosiliśmy ją, żeby została naszą wychowawczynią. Zgodziła się i opiekowała się nami do końca nauki.

Język polski i literaturę nam wykładał Wacław Mozyro, on także prowadził kółko literackie, do którego należałam. W tym kółku było 26 członków, m.in. E. Skórko, M. Szłuiński, A. Kodź, M. Wojszwiło, Bartoszewicz, ja, czyli Władysława Orszewska. Niestety czas robi swoje i dlatego nazwiska ulotniły się z mojej pamięci. Coś tam robiliśmy: pisaliśmy wiersze, omawialiśmy je, były jakieś konkursy. O pracy naszego kółka literackiego 13 listopada 1957 roku w „Czerwonym Sztandarze” pisał A. Zajączkowski. Oto kilka zdań ze wspomnianego artykułu: „U członków kółka literackiego wychowuje się zamiłowanie do literatury i poezji. Niektórzy z nich, m.in. t.t. Orszewska, Bartoszewicz, wyróżnili się w konkursie literackim. Ich wiersze zamieszczone zostały w gazecie ściennej »Student«, a wiersz Mariana Szłuińskiego – w dzienniku »Czerwony Sztandar«”. Co to był za konkurs – nie pamiętam. Takie były nasze literackie początki.

Język rosyjski i literaturę początkowo wykładała Kirpicznikowa. Pamiętam, jak poprawiała naszą wymowę, przecież czytaliśmy tak, jak nas nauczyli w naszych wiejskich szkołach, nie wiedzieliśmy nic o twardych i miękkich spółgłoskach, nie umieliśmy analizować tekstu. Pani Kirpicznikowa była wyrozumiała, sprawiedliwa, nie miała ulubionych uczniów, a jeżeli i miała, to tego nigdy nie pokazywała. Byliśmy już na trzecim kursie, uczyliśmy się już radzieckiej literatury. Kiedy przerabialiśmy twórczość A. Fadiejewa, nauczycielka razem z nami zorganizowała piękny muzykalno-literacki wieczór „To się stało w Krasnodonie”. Ten wieczór bardzo się wszystkim podobał. Dobrze zapamiętałam jedno zdarzenie, które mogło w tamtym czasie mieć dla mnie fatalne skutki. A było tak. Mieliśmy lekcję literatury rosyjskiej. Temat lekcji:  „Poemat W.Majakowskiego »Włodziemierz Iljicz Lenin«”. Większość naszej grupy tego utworu chyba nie przeczytała, więc zgodnie wszyscy krzyknęli, że nie zrozumieli, o czym tam mowa. Jak zwykle w takim wypadku p. Kirpicznikowa wywołała mnie, żebym ja przeanalizowała ten poemat. Wiadomo, że ja wszystko zrozumiałam i przeanalizowałam „politycznie poprawnie”, jak tego od nas wymagano. Nauczycielka wówczas i powiedziała:

– To co tu takiego niezrozumiałego? Orszewska wszystko zrozumiała.

– Zrozumiałam, ale poemat mi się nie podoba. A w ogóle to Majakowski był głupi…

– Jak napiszesz lepiej od Majakowskiego, to będziesz mogła go krytykować – podniosła głos nauczycielka.

Wówczas podniósł się hałas w całej klasie:

– Ona pisze i pisze lepiej od Majakowskiego!

Nie wiem, czy wszyscy tak myśleli, ale poparli mnie jednomyślnie. Nauczycielka o tym chyba nikomu nie powiedziała, ponieważ nie odczułam żadnych skutków.

Z językiem litewskim mieliśmy wielkie kłopoty. Ja tych kłopotów może miałam trochę mniej niż inni, ponieważ trzy pierwsze klasy skończyłam po litewsku, ale dla innych to był ciężki orzech do zgryzienia. Jeszcze w Trokach język litewski wykładał A. Kudaba (senior). A w Wilejce otrzymaliśmy młodą specjalistkę A. Mačkuvienė. Oj, jakie ona miała z nami kłopoty! Treść tekstów jako tako rozumieliśmy, ale pisownia sprawiała największą trudność. O prawidłowej wymowie nie było mowy: nie rozróżnialiśmy krótkich i długich samogłosek, nie umieliśmy prawidłowo wymawiać dwugłosek itd. Na trzecim czy na czwartym kursie na wiosnę trzeba było zdawać egzamin pisemny z jęz. litewskiego – mieliśmy pisać dyktando. Większość drżała już na samą myśl o tym dyktandzie, otrzymasz dwóję – nie będzie stypendium. Ale nie ma sytuacji bez wyjścia. Postarali się starsi wiekiem chłopcy. Uczył się wówczas bardzo sympatyczny chłopak Feliks Tomaszun. Nie wiem, czy on sam, czy któryś inny otrzymał od młodziutkiej sekretarki treść tekstu, który ona drukowała dla wykładowczyni. W przededniu egzaminu Felek przyniósł ten tekst i dla nas. Należało zapamiętać, jak trzeba prawidłowo napisać. Ja miałam pamięć wzrokową, więc wystarczyło parę razy przeczytać ten tekst. A inni może nawet porobili ściągawki. Egzamin zdali wszyscy, nawet ci, którzy robili masę błędów. Wynikła awantura, grożono, że trzeba będzie zdawać po raz drugi, ale wkrótce o tym już nie było mowy.

Językiem obcym dla większości był język niemiecki. Dokładnie nie pamiętam, kto go na początku wykładał, ale chyba w 1958 r. otrzymaliśmy młodą specjalistkę J. Želvienė, która uczyła nas do końca szkoły.

A teraz matematyka. To przedmiot, który nie każdemu przychodził łatwo. Ale mieliśmy wspaniałego nauczyciela – Henryka Moroza. To był wymagający nauczyciel, ale wyrozumiały, tłumaczył dopóty, dopóki każdy nie zrozumiał zasad. Przychodził do klasy i bardzo często mówił: „Dzisiaj będziemy mieć klasóweczkę”. Niektórzy bali się tej „klasóweczki” jak diabeł święconej wody i jeżeli wieczorem wiedzieliśmy, że jutro ma być klasówka z matematyki, to klasa nigdy nie bywała w pełnym składzie. Ja wszystko rozumiałam i dlatego nauczyciel wzywał mnie do tablicy, kiedy trzeba było pomóc słabszemu, a tych słabszych do tablicy wzywał prawie każdego dnia. Zaczynał lekcję i mówił:

– Do tablicy pójdzie brat Władysław.

Władysław wychodził i nie mógł rozwiązać zadania, wówczas nauczyciel mówił;

– Pomoże mu siostra Władysława.

Wychodziłam ja i razem rozwiązywaliśmy zadanie. A „brat” i „siostra” – to tylko nasze jednakowe imiona.

Nauczyciel Moroz był wielkim erudytą. Do niego można było zwracać się z różnymi pytaniami, na które otrzymywaliśmy wyczerpującą odpowiedź. Czasami nawet nadużywaliśmy jego zaufania z różnymi głupimi pytaniami, jeżeli chcieliśmy, żeby nie było tej znamienitej klasóweczki. Tak pewnego razu, kiedy ktoś nie wykonał pracy domowej, nauczycielowi zadał pytanie: „Czy to prawda, że z Księżyca na Ziemię spadła kobieta-olbrzym?”. Nauczyciel przez całą lekcję tłumaczył, czy może być życie na Księżycu, co to jest Kosmos, itd. Lekcja się skończyła – o pracy domowej nie było już mowy. Klasówka była odłożona. Moroz dla nas wykładał i fizykę.

Moim ulubionym nauczycielem był historyk Alfonsas Bielinis. W szkole pedagogicznej zaczął pracować chyba w 1957 czy w 1958 r., kiedy do Polski wyjechał Byczkowski. Był to wileński Litwin, który jeszcze w dwudziestych latach studiował historię na Uniwersytecie Stefana Batorego. Trzeba pamiętać, że wówczas my uczyliśmy się historii ZSRR (a faktycznie to była historia Rosji) i trochę historii Litwy (tej ideowo poprawnej na tamte czasy). I oto nasz nowy nauczyciel uczy nas historii, ale takiej, jaką sam studiował. Oficjalnie do dziennika klasowego zapisuje potrzebne tematy, a wykłada nam historię Rzeczpospolitej Obojga Narodów. Zorganizował kilka wycieczek do Wilna, oprowadzał po wileńskiej starówce, tłumaczył, jakie znaczenie dla Wilna miał ten czy inny znany na Litwie i w Polsce ród albo pozostały po nim gmach. Do kościołów nie chodziliśmy, ponieważ to mogło źle się skończyć.

Pan Bielinis zorganizował wieczór legend wileńskich: polskich i litewskich. Ale przyszła wiosna, kończył się semestr i trzeba było zdawać egzamin z historii. Praktycznie historii ZSRR się nie uczyliśmy, więc nauczyciel nam podpowiedział, żebyśmy poprosili dyrektora, by pozwolił nam zdawać egzamin w niedzielę (żeby nikt postronny się nie dowiedział o tym i nie sprawdził naszej wiedzy), ponieważ wyjeżdżamy na wycieczkę. Tak też zrobiliśmy. Dyrektor chyba nie wgłębił się w ten problem i pozwolił, ale kiedy przyszliśmy na egzamin, to okazało się, że drzwi do sali były zamknięte na klucz (z sali wchodziło się do klas). Siedzieliśmy więc na schodach i „zdawaliśmy” egzamin.

Mineralogię i chemię wykładała J. Mozyrowa. To była bardzo dobra specjalistka, umiała zaciekawić uczniów swoim przedmiotem. Robiliśmy różne doświadczenia, rozwiązywaliśmy zadania chemiczne. Niektórym ten przedmiot przychodził z trudem, ale mnie to nie sprawiało żadnych trudności. Pani Mozyrowa pięknie grała na fortepianie i zawsze akompaniowała w czasie koncertów.

W szkole pedagogicznej było dużo wykładowców muzyki i śpiewu. Historię muzyki wykładała H. Čiurlionienė – bratowa M.K. Čiurlionisa. Każdy uczeń musiał uczyć się gry na jakimś instrumencie. Większość grała na mandolinach, ponieważ instrument trzeba było mieć własny, a mandolina była chyba najtańsza. Instrumentalną muzykę w szkole wykładał B. Lubševičius. To on zorganizował szkolną orkiestrę: chyba z dziesięć osób grało na mandolinach, 1 czy 2 na skrzypcach, sam nauczyciel grał na akordeonie.

Prężnie działał chór dziewcząt, którym kierowała A. Pielešynienė. Wykonywaliśmy nawet arie operowe. Na przeglądach twórczości amatorskiej miasta Wilna nasz chór zajmował I–II miejsca. Był także zespół wokalny dziewcząt, którym kierowała nauczycielka A. Adukauskaitė, oraz zespół taneczny. Wiosną 1960 r. nasza szkoła została zaproszona do litewskiej telewizji. Koncert wszystkich zespołów został nagrany, zdaje się, w filharmonii i pokazany w telewizji. Każdego roku uczestniczyliśmy w świętach pieśni miasta, a w 1960 r. byliśmy nawet uczestnikami republikańskiego święta pieśni, ale o tym później.

Było i wychowanie fizyczne. W Wilnie pracowała z nami nauczycielka D. Šimaitienė. Chyba najlepszą sportsmenką w naszej grupie była Marysia Żurówna, było i więcej odważnych i silnych dziewcząt. Ja rzucałam się od jednego kółka sportowego do innego, ale do sportu nie miałam żadnego talentu i sił. Więc wszystko się skoncentrowało na kółku literackim, śpiewie i muzyce.

Prawda, był jeszcze komsomoł. Na trzecim roku zostałam wybrana na sekretarza komsomolskiej organizacji swojej grupy, ale to była bardzo niekonkretna praca, więc mi się nie podobała. Po roku znów trzeba wybierać nowy komitet i sekretarza. Ja upierałam się, że nie chcę, nie umiem, nie będę pracowała, ale i inni nie chcieli. Wychowawczyni potrzebowała, żebym się zgodziła. I tu przyszła mi do głowy genialna, jak myślałam, myśl. Powiedziałam, że się zgadzam, ale najpierw trzeba wybrać członków komitetu. Przemilczałam, że spośród nich wybiera się sekretarza. Komitet został wybrany beze mnie, ponieważ wszyscy myśleli, że ja będę sekretarzem. Byłam strasznie zadowolona i powiedziałam: „A teraz komitet niech wybiera sekretarza”. Nie pomyślałam wówczas, że sama podpiłowałam gałąź, na której siedzę.

Zbliżały się egzaminy państwowe. Szkoła dostała od rejonowych wydziałów oświaty zapotrzebowania na młodych specjalistów. Został zatwierdzony porządek, w jakim pójdą po skierowania absolwenci. Trzeba powiedzieć, że oprócz naszych dwóch grup po siedmiolatce były jeszcze dwie grupy po szkole średniej, razem 90 osób. Za stołem siedziała komisja, która wydawała nam skierowania. Najpierw przychodził sekretarz komsomolskiej organizacji całej szkoły, potem przewodniczący związku zawodowego szkoły, potem sekretarze każdej grupy, starostowie grup, ktoś tam jeszcze, a ja szłam chyba trzynasta, jako redaktorka ogólnoszkolnej gazetki „Zdrowie”. Tego, że byłam jedną z najlepszych uczennic, pod uwagę nie brano. Pomyślałam, że moja wiedza nikomu nie jest potrzebna, ważna jest tylko nic nieznacząca praca społeczna. Wiadomo, że najlepsze miejsca zajęli ci pierwsi.

Przyszedł czas zdawania egzaminów państwowych. Teraz zrozumiałam tych, którzy umieli zabiegać o względy każdego nauczyciela: ja tego nie umiałam. I tak już na pierwszym egzaminie otrzymałam czwórkę zamiast planowanej piątki. Przepadł mój czerwony dyplom, do którego byłam pretendentką numer 1. W czerwcu skończyły się egzaminy, otrzymaliśmy dyplomy, ale bez pieczęci. Rzecz w tym, że byliśmy uczestnikami republikańskiego święta pieśni. Kierownictwo dobrze rozumiało, że możemy nie przyjechać na święto. Dopiero po święcie nasze dyplomy zostały zatwierdzone.

Rozjechaliśmy się po całej Wileńszczyźnie. Ja zakotwiczyłam się w ówczesnym rejonie Jewie (Vievis). Pracę otrzymałam w Dowgirdziskiej Szkole Siedmioletniej. 2 lata pracowałam z polskimi klasami początkowymi, później wykładałam język rosyjski. W 1961 r. zdałam na Wydział Korespondencyjny do Wileńskiego Instytutu Pedagogicznego. Początkowo studiowałam polonistykę, później przeszłam na jęz. rosyjski. 42 lata przepracowałam w tej samej dowgirdziskiej szkole: siedmioletniej, ośmioletniej, później dziewięcioklasowej. Trzeba powiedzieć, że Dowgirdziszki znajdują się na przedwojennym polsko-litewskim pograniczu, ale po stronie litewskiej. Ludzie w swojej większości są Litwinami. W 1968 r. polskie klasy zostały zlikwidowane. W 1969 r. zostałam wybrana na dyrektorkę tej samej szkoły – kierowałam nią aż przez 33 lata, na emeryturę odeszłam w 2102 roku, kiedy moją szkołę przekształcono na początkową.

Dzisiaj jestem na emeryturze, mam swoje hobby: zajmuję się twórczością literacką. Piszę wiersze, humoreski, wspomnienia i po polsku, i po litewsku. Mam wydane 4 książki własnego autorstwa, moje utwory zostały zamieszczone w 17 almanachach literackich, w kilku pomniejszych książeczkach. Jestem członkiem 2 klubów literackich, a także należę do Związku Niezależnych Pisarzy Litwy.   

Na zakończenie mój wierszyk, napisany w 2009 r.

PAMIĘĆ JAK SEN

Pamięć – to supełki marzeń,
Co wyłażą ze swych szpar,
I marzenie się powtarza,
Śni się wciąż młodości czar.

Śni się szkoła, co w Wilejce
Zwoływała nas do klas,
Żeby razem, żeby więcej –
O tym marzył każdy z nas. 

Śnią się starzy przyjaciele:
Stefa, Jania, z nimi wraz
I Marysia, i Irena,
Heniek, Czesiek, Jurek nasz. 

Matematyk z klasóweczką
I na przełaj trudny bieg,
Jedne buty, stare teczki –
Nasza młodość – ktoś to rzekł. 

Pamięć, pamięć… Ona wieczna,
W serca skarbcach ciągle tkwi
Zawsze żywa i bezpieczna,
Bo się skrywa w naszej krwi.

Władysława Orszewska-Kursevičienė