Wilno 1905: Rewolucja, wybory i... dwujęzyczne tabliczki!


Tytuły prasy wileńskiej z 1905 r., fot. ze zbiorów Autora
Za kilka miesięcy w Wilnie odbędą się pierwsze bezpośrednie wybory mera. W grupie ubiegających się o to stanowisko będzie także reprezentant społeczności polskiej. Powtarzamy czasem, iż historia kołem się toczy, gdyż pewne wydarzenia w naszych dziejach mają po upłynięciu pewnego czasu swoją drugą lub kolejną odsłonę. W 2015 roku akurat przypada 110 rocznica pierwszych wolnych wyborów do samorządu Wilna i - o czym niewielu pamięta - wybrania pierwszego Polaka na prezydenta miasta (burmistrza, mera - jak kto woli). Działo się to wszystko w cieniu potężnego wstrząsu, jaki naruszył porządek społeczny Imperium Rosyjskiego, w tym także ówczesnej guberni wileńskiej...
Kazimierz Okulicz[1] nazwał rok 1905 "czasem ocknienia". Przebudzenia z politycznego letargu, w jakim znalazło się społeczeństwo polskie po okresie carskich restrykcji popowstaniowych. Sygnał przyszedł niespodziewanie z samej Rosji. Zaczęło się od kryzysu gospodarczego lat 1900-1903, który konflikty i dysproporcje społeczne doprowadził do apogeum. Na kryzys najlepsza jest wojna - ten powtarzający się od wieków scenariusz miał swoją odsłonę również w 1904 roku. Rosja i Japonia zainteresowane były w tym samym czasie ekspansją w Azji Wschodniej. Prędzej czy później musiało dojść do konfliktu. W lutym 1904 roku flota japońska bez wypowiedzenia wojny zaatakowała rosyjską bazę morską w Port Artur[2], niezamarzający port wydzierżawiony przez Rosję od Chin.

Klęska za klęską ponoszone przez wielką armię wielkiej Rosji obudziły demony. W drastyczny sposób ujawniły bowiem wszelkie słabości drzemiącego od kilkudziesięciu lat molocha. Nieumiejętność sprawowania władzy, korupcja, malwersacje, kradzieże na niewyobrażalną skalę - to codzienność imperialnej rzeczywistości poza murami carskich pałaców w Petersburgu. Opaśli generałowie, obklejeni od stóp do głów orderami, które dostawali w czasie pokoju i za „uśmierzanie” zbrojnych zrywów niektórych z narodów, w warunkach wojny okazali się całkowitymi ignorantami. Jednym z nich był wiceadmirał Jewgienij Aleksiejew
[3], którego obarczono winą za klęskę.

Wilno a rewolucja

Wilno odległe było o dziesiątki tysięcy kilometrów od teatru wojny. Wiedziano o niej tyle, ile można było przeczytać w oficjalnych rządowych pismach, gdzie malowano obraz zgoła inny od rzeczywistości. Nieco czarniejszej prawdy ujawnił czasem jakiś weteran walk w Mandżurii, który - straciwszy nogę albo rękę - zwalniany był ze służby i mógł wrócić do domu.

Klęska w wojnie z Japonią, usankcjonowana podpisaniem pokoju w Portsmouth (5 IX 1905), była dla Rosji upokarzająca. Imperium zmuszone zostało do decyzji o zaprzestaniu walk również dlatego, że wzrastające niepokoje wewnętrzne nabrały charakteru masowego. Robotnicze strajki, które rozpoczęły się wraz z początkiem kryzysu w 1900 roku, powtarzały się jeden za drugim w ciągu następnych lat. Wojna z Japonią, w której car Mikołaj II, spodziewał się znaleźć katalizator do zatrzymania tego wrzenia, zaczęła przynosić odwrotne skutki. Obciążenia wojenne doprowadziły do jeszcze większego niezadowolenia, aby złagodzić nieco wrogie nastroje społeczne pojawiły się ukazy carskie noszące znamiona odwilży, nazywanej też "wolnościowym czasem".

Zniesiono m.in. zakaz druku alfabetem łacińskim (ukaz z maja 1904 r.) i udzielono zgodę na wydawanie prasy w miejscowych językach narodowych. Ukaz z grudnia 1904 r. zezwalał na nadobowiązkową naukę w językach narodowych w rosyjskich szkołach początkowych i średnich. Kolejny ukaz z 17 kwietnia 1905 r. dopuszczał języki narodowe do przestrzeni publicznej z wyjątkiem urzędów i instytucji państwowych. Każdy z tych dokumentów dotyczył również języka polskiego, tłamszonego od dawna na obszarach guberni zachodnich.

W grudniu 1904 roku potężne strajki wybuchły w Baku i Petersburgu, gdzie ruch robotniczy był najsilniejszy. W styczniu 1905 roku zorganizowano marsz na Pałac Zimowy, którego celem było wręczenie carowi petycji robotniczej. Mowa w niej była o ośmiogodzinnym dniu pracy i amnestii dla więźniów politycznych. Stutysięczny tłum, niosący portrety cara i śpiewający pieśni, został zaatakowany przez carską kawalerię. Zginęło około 1000 osób, a dzień ten wszedł do historii pod nazwą „Krwawej niedzieli”. Wydarzenia w Petersburgu wyzwoliły jeszcze większe niepokoje. Zaczęto domagać się wolności zgromadzeń, sumienia i wyznania. Rodzaje żądań były zależne od grup społecznych, które je artykułowały. Robotnicy i chłopi chcieli poprawy bytu ekonomicznego i zatrzymania wyzysku, inteligencja i liberałowie chcieli swobód obywatelskich, a grupy mniejszości narodowych i religijnych - wolności politycznej i wyznaniowej. W październiku 1905 roku sparaliżowane było już całe Imperium.

Rewolucja objęła wszystkie większe miasta Rosji, docierając również do Wilna. Wszędzie była "proporcjonalna": im większy proletariat tym większe rozruchy. W Wilnie jako pierwsi zaczęli strajkować pracownicy prywatnych garbarni i tartaków. Socjalistyczny, żydowski "Bund" chciał, aby protest nabrał charakteru powszechnego, ale to się nie udało. Władze gubernialne w pierwszej fazie nie zdecydowały się na interwencję, ale kiedy do protestów przystąpili "rządowi" kolejarze i pocztowcy, władze zabrały się za tłumienie rozruchów. Z szeregów bundowców wyszli natomiast zamachowcy. Wymuszenia, podkładane bomby, szantaże na uchylających się od wsparcia strajku mnożyły się każdego dnia. Generał-gubernator Aleksander Freze wprowadził w maju 1905 r. stan nadzwyczajnej ochrony.

Wybory "samorządowe" AD 1905

W 1905 roku wypadał termin wyborów do Rad Miejskich. Przeprowadzono je mimo napiętej sytuacji społecznej, która w połączeniu z carskimi ukazami wolnościowymi wywarła na nich jednak swoje piętno. Wybory radnych (według ówczesnej ustawy) były wewnętrzną sprawą niewielkiego grona ludzi posiadających odpowiedni status majątkowy. W liczącym 180 tysięcy mieszkańców Wilnie, była to grupa zaledwie 971 osób[4].

Sprzyjające okoliczności polityczne, związane z odwilżą, wpłynęły na decyzję środowisk polskich, żeby spróbować w samorządzie wziąć wszystko. Wyczuwany był inny klimat i nastawienie władz. Spodziewano się, że wielu dodatkowych mandatów nie zdobędą Rosjanie, wobec czego Rada Miasta stanie się organem złożonym przede wszystkim z Polaków. Przeważała też nadzieja, że zatwierdzona w takim składzie Rada będzie miała legalne możliwości przeprowadzenia wielu spraw, które dotąd uważano za niemożliwe. Najważniejszymi z nich było zdobycie stanowisk w Zarządzie Miasta (magistracie), a później na wprowadzenie nauki języka polskiego w utrzymywanych przez miasto szkołach. W sierpniu opublikowano listę wybranych radnych nowej kadencji. Na 65 osób, 56 stanowili Polacy. Mandatów nie uzyskało pięciu dotychczasowych ławników oraz urzędujący prezydent Wilna Paweł Berthold, emerytowany generał carskiej armii. Do tej listy dodawano jeszcze sześciu przedstawicieli społeczności żydowskiej pochodzących z nominacji gubernatora.

Lista radnych Rady Miejskiej Wilna kadencji 1905-1909, podana w prasie rosyjskiej.
 
Wybory wileńskie z 1905 roku nazwano później pierwszymi wolnymi wyborami do Rady Miejskiej. Krakowska gazeta "Czas" za petersburskim "Krajem" donosiła, iż: Opinia miejscowa sądzi, że chociaż większość Rady będzie radykalna, to jednak braknie w niej szowinistów polskich. Wybrano obecnie pięciu Rosyan, dawniej zaś było dziewięciu. Na prezydenta miasta zamierzono powołać Polaka. Teraz pozostało przeprowadzić resztę zamierzeń. Na inauguracyjne zebranie nowej Rady Miasta przybył gubernator cywilny Konstanty von Pahlen. Na odchodnym zapewnił obecnych, że mogą z każdą sprawą przychodzić wprost do niego, omijając – jak powiedział - pisaninę kancelarską, co skróci proces pracy i przyniesie większy pożytek dla każdej sprawy. Odebrano to jako jawną zachętę do donosicielstwa.

Rada Miasta zaczęła pracować w okresie nasilającej się aktywności organizacji rewolucyjnych. W tych warunkach przeprowadzono drugą turę wyborów, która wyłoniła kandydata na prezydenta i dwóch rotacyjnych członków Dumy Miejskiej (Zarządu Miasta) czyli Magistratu. Stosunkiem głosów 57:10 na „głowę miasta” wybrano Michała Węsławskiego. Nowymi członkami zarządu zostali również Polacy: Mieczysław Malinowski i Aleksander Łapiński. Węsławski nie był w Radzie Miasta człowiekiem nowym, gdyż funkcję radnego pełnił już przed dwie poprzednie kadencje. Do Petersburga wysłane zostały dokumenty, wśród których była opinia gubernatora, który przeprowadził wcześniej szczególny tryb zbadania prawomyślności wybranych osób.

Była to trzecia próba przeforsowania Polaka na stanowisko prezydenta Wilna. W kadencji 1893-97 wybrano hrabiego Antoniego Tyszkiewicza, ale wyboru nie zaakceptował wówczas generał-gubernator Piotr Orżewski. Wykorzystując swoje uprawnienia mianował na to stanowisko dyrektora szkoły realnej Konstantina Gołubinowa, syna popa. Mówiono o nim, że był człowiekiem bardzo ograniczonym, ale usłużnym. Drugą próbę przeprowadzono w kadencji 1897-1901. Radni wybrali wówczas spośród siebie Józefa Montwiłła. Również i tym razem gubernator Orżewski wydał opinię negatywną i minister spraw wewnętrznych Iwan Goremykin wyboru nie zatwierdził. Powtórne wybory odbyły się przy biernej postawie polskich radnych i prezydentem został generał Paweł Berthold. Po przeprowadzeniu trzeciej próby, zaczęło się nerwowe oczekiwanie, czy wybór Węsławskiego zatwierdzony zostanie w Petersburgu.

Gdzieś daleko w Petersburgu i jeszcze dalszej Moskwie, przeciętny Rosjanin wiedział, że Imperium rozciąga się daleko na zachód i wszędzie tam żyją bracia rodacy. Polacy według przeciętnej wiedzy żyli dopiero gdzieś w Prywiślańskim Kraju i byli to źli Polacy, którzy czyhali tylko, aby ugryźć sprawiedliwą rękę władzy. Wierzono jednak, że trzymani są tam mocno i władza zawsze była gotowa zdławić jakiekolwiek nieprawomyślne pomysły. Zrobiono to tak przecież w 1830 i 1863 roku.

Aleksander Czumikow, lider rosyjskich nacjonalistów w Wilnie i redaktor gazety "Vilenskij Vjestnik", pisząc o składzie nowo wybranego samorządu, wyraził głębokie zaniepokojenie. Zastanawiając się, jak mogło dojść do tego, iż: zasiadają w nim sami Polacy, rozpatrywał sprawę wyłącznie w kontekście narodowościowym. Nie uwzględniał zupełnie istoty ustawy miejskiej, w której określone zostało kryterium cenzusu majątkowego kandydatów. Większość obywateli Wilna, którzy posiadali nieruchomości i płacili określonej wysokości podatek od działalności gospodarczej, stanowili Polacy i Żydzi, ale tych drugich wyłączono z możliwości kandydowania. Kiedy przychodziło do układania list wyborczych, zapełniali je prawie sami Polacy i tylko bardzo nieliczna grupa Rosjan. Na koniec swoich wywodów, Czumikow ostrzegał Rosjan, iż: taka nienormalna sytuacja w Wilnie może na początek zrodzić zagrożenie, w postaci pobudzenia separatystycznych dążeń innych narodowości. Według niego Żydzi, Litwini i Białorusini mieli się zacząć, wzorem Polaków, upominać od rządu o coraz więcej praw, co doprowadzi w końcu do wyparcia Rosjan z ich odwiecznej ziemi.

Starcia i próby opanowania sytuacji

Zanim jeszcze doszło do rozpatrzenia wyników wileńskich wyborów, car Mikołaj II zdecydował się w końcu zrobić coś z rewolucją i 30 października (17 października według kalendarza juliańskiego) wydał Manifest Konstytucyjny. Był to dokument zapowiadający wielkie zmiany. Poszanowaniem miała zostać objęta wolność obywatelska, zapowiedziano powołanie parlamentu oraz rządu z premierem. Pierwszym był Siergiej Witte.

Ogłoszenie manifestu nie przyniosło oczekiwanego uspokojenia. Wilno, podobnie jak inne miasta było tyglem niepokoju i rozpoczęto strajk powszechny. 29 X (16 X s.s.) była nawet nieudana próba zamachu na cywilnego gubernatora von Pahlena. Strzelano do niego na prospekcie Świętojerskim, gdy jechał powozem z mityngu strajkujących pracowników kolejowych. Pahlen został jedną z kul lekko draśnięty w rękę. Interwencja kozaków zakończyła się pięcioma ofiarami śmiertelnymi wśród demonstrujących Żydów z Bundu[5]. Śladem po tym wydarzeniu jest tablica na domu bankowym (obecnie Litewska Akademia Nauk) przy alei Gedymina 3.

Aleksander Sołżenicyn pisał o tym wydarzeniu: Jesienią 1905 roku […] rozpoczęły się gorączkowo przygotowywania do powszechnego strajku. W Wilnie uczestnicy wiecu, zwołanego za pozwoleniem gubernatora, zaczęli strzelać w stojący tam kolosalny portret cara, a niektórzy zaczęli go niszczyć uderzeniami krzeseł. Po godzinie strzelano już nie do portretu, ale do żywego gubernatora – taki to był hazard 1905 roku!

Masowe demonstracje, związane z pogrzebem ofiar, przebiegły w ciągu następnych dwóch dni spokojnie. Generał-gubernator Freze na prośbę radnych nakazał wtedy usunięcie z ulic wojska i policji. Zaraz jednak potem strajki nabrały charakteru powszechnego. Wiece, podczas których omawiano postanowienia manifestu carskiego, były groźnymi dla władz zgromadzeniami. Tłumy gromadzące się na ulicach budziły realne zagrożenie. Podczas jednej z akcji w dniu 3 XI (21 X starego stylu) doszło do kolejnych starć, w wyniku których były ofiary śmiertelne.

Pośrednio przyczynił się do tego niefortunny w swoim zachowaniu brandmajster straży pożarnej Aleksander Likman. Prowadził na koniu swój oddział do rzekomego zgłoszenia o pożarze i kiedy wjechał w ulicę Zawalną, natrafił na ciżbę zgromadzonych ludzi biorących udział w mityngu. Oficer wpadł w popłoch i rozkazał strażakom strzelać. Do akcji włączyli się również kozacy. W wyniku strzelaniny było siedmiu zabitych. Sześciu Żydów i jeden robotnik Rosjanin. Świadkowie twierdzili, że Likman celowo wybrał przejazd tą ulicą i galopując przez tłum, torował sobie drogę szablą, a później, wzorem kowbojów z Dzikiego Zachodu, strzelał na "prawo i lewo" z dwóch rewolwerów. Zarząd Miasta, któremu brandmajster podlegał, natychmiast po incydencie zawiesił go w czynnościach i złożył skargę do prokuratora.

Ofiary z ulicy Zawalnej zostały upamiętnione na tablicy, która znajduje się na domu przy obecnej ulicy Pylimo 21. Kamienica ta należała wtedy do prezydenta miasta Pawła Bertholda. Te dwie tablice umieszczono na domach w czasach sowieckich i wiszą do tej pory. Są praktycznie jedynymi pamiątkami po krwawo tłumionych wileńskich strajkach 1905 roku. Niewiele osób je dostrzega, jeszcze mniej potrafi wyjaśnić ich rodowód.

Powróćmy jednak do Magistratu. Grupa polskich radnych rozpoczęła gorączkowe pośrednictwo między strajkującymi a władzami. Przyjmowano delegacje robotników i adwokat Tadeusz Wróblewski tłumaczył w przystępny sposób treść carskich manifestów wolnościowych oraz ukazu o amnestii. Radni utworzyli grupę kontaktową, która udawała się do gubernatorów, aby zaniechali rozwiązań siłowych.  Utworzono też komisję zbierającą fundusze na pomoc dla rodzin poszkodowanych. Badano możliwości prawne powołania milicji obywatelskiej, która mogłaby zastąpić rządową policję i wojsko w procesie uspokajania sytuacji w mieście. Jak było do przewidzenia, dla władz były to inicjatywy nie do zaakceptowania. Określono je jako wywrotowe, bowiem miały charakter ustawodawczy - ingerowały w wyłączne kompetencje rządu.

Polska Rada Miasta nie zajmowała się jednak w tym okresie jedynie sprawami rewolucji. Wykorzystując dogodną sytuację, podjęto na jednym z listopadowych posiedzeń śmiałą uchwałę. Skierowano oto wniosek do gubernatora, aby na podstawie ogłoszonego w maju 1905 roku ukazu o swobodzie językowej, radni i ławnicy mogli składać zaprzysiężenie w języku polskim. Zasugerowano też, że język polski mógłby być używany w komunikacji wewnętrznej Magistratu. O swojej decyzji mówiono: "Nie mamy potrzeby robić sobie jakiejś subiekcji, albo bojaźliwie wstrzymywać się, skoro przysługuje nam dziś do tego prawo". Postulat uzasadniono zdecydowaną większością Polaków w samorządzie. Najbardziej radykalna część radnych, powiązana z ideami narodowymi, poszła jeszcze dalej: wnioskowali oni, aby na budynkach magistratu, elektrowni, rzeźni oraz innych instytucji miejskich umieszczono dwujęzyczne napisy i podobnie potraktować tabliczki z nazwami ulic! 

cdn.


Ilustracje i fotografie - ze zbiorów Autora.
Waldemar Wołkanowski (Uniwersytet Opolski)
 

[1] Polski polityk i dziennikarz z okresu II RP, pochodzący z Karolewa k. Kowna. Redaktor "Gazety Krajowej" ukazującej się w Wilnie w latach 1922-28, a następnie do 1939 roku redaktor "Kuriera Wileńskiego".
[2] Niespodziewany atak nastąpił 8 lutego, ale dwa dni wcześniej Rosja i Japonia zerwały stosunki dyplomatyczne, nie mogąc dojść do porozumienia w sprawie podziału wpływów w Azji. Japończycy proponowali, aby terenem ekspansji Rosji była Mandżuria, pozostawiając sobie wolną rękę w Korei.  
[3] Głównodowodzący wojskiem rosyjskim na Dalekim Wschodzie podczas wojny z Japonią.
[4] Kryteria uprawnionych do bycia wybranymi, obejmowały: ukończenie 25 lat, posiadanie nieruchomości o określonej wartości oraz bycie płatnikiem podatku przemysłowego lub handlowego powyżej pewnego minimum. Ograniczenia te powodowały, że liczba osób, które mogły wejść do Rady Miasta, była niewielka w stosunku do liczby mieszkańców.
[5] Jedną z zabitych osób była kobieta o nazwisku Goldbergowa, która osierociła piątkę dzieci.
 

Komentarze

#1 Powtórka mile widziana!

Powtórka mile widziana!

#2 O jakie to ciekawe, dziekuje!

O jakie to ciekawe, dziekuje!

#3 Ale dlugi tekst chociaż

Ale dlugi tekst chociaż bardzo interesujący

Sposób wyświetlania komentarzy

Wybierz preferowany sposób wyświetlania odpowiedzi i kliknij "Zachowaj ustawienia", by wprowadzić zmiany.