70 lat cichej i pokornej służby Bogu i ludziom siostry Ireny Kardis


Siostra od Aniołów Irena Kardis wraz ze swoją siostrą Marią przed rodzinnym domem, fot. kurierwilenski/S. Rita Gvazdaitytė
"Kurier Wileński" 22 czerwca 2016
Niedaleko podwileńskich Bujwidz pomiędzy szerokimi łąkami otoczona lasami leży mała wioseczka Pryciuny. Tam od wielu lat był dom zakonny Sióstr Zgromadzenia od Aniołów. W Wilnie, a konkretnie w Kalwarii Wileńskiej, było ich jeszcze kilka.
9 czerwca 1945 roku w Domu Rekolekcyjnym w obliczu Boga i ówczesnego proboszcza już śp. Stanisława Miłkowskiego złożyła pierwsze śluby zakonne młoda Irena Kardis. Jej nowicjat przebiegał w Kalwarii, gdzie mieli 4 domy. Jedna posesja nazywała się „Klonówka” (dwa domy otoczone klonami), drugi dom o kilka metrów dalej nazywał się „Folwark”, a trzeci, jeszcze nieco dalej — „Górka” z figurą Matki Bożej, która do dziś stoi. Potem siostra Irena spędziła wiele lat w Pryciunach. Dziś też tam mieszka wraz z rodzoną siostrą Marią, która jest świecką osobą, tylko że już nie ma domu zakonnego i obie mieszkają w domu po rodzicach.

W pewnym momencie z asfaltowej drogi skręciliśmy na dość wąską piaszczystą dróżkę, która prowadziła do Pryciun. Cisza jak makiem zasiał, szumiał tylko po obu stronach las i słychać było trele ptaków. W szczerym polu, pośród dziewiczych łąk stał domek, wokół ogródek. Siostra Irena przed domem czekała na nas z piękną wiązanką jaśminu i tak się do nas odezwała: „Witam dostojnych gości tą skromną wiązanką kwiatów, które mają zapach nieba. Nie wiem, dlaczego, ale jestem przekonana, że w niebie musi jaśminem pachnieć i te kwiaty nazywam niebiańskimi”.

Gdy matka przełożona, która ze mną przyjechała, przedstawiła mnie, kim jestem, siostra Irena rzuciła się na szyję wołając: „Dziecko, przecież ja ciebie znam z Kalwarii, znałam twoich rodziców, a ty wtedy byłaś taka młodziutka i bardzo szczupła. Dziś już bym ciebie nie poznała, tak zmieniłaś się. Ja czytam też twoje artykuły, jak mi ktoś gazetę dowiezie”. Gdy weszliśmy do domu, zaczęła się cała seria wspomnień o mieszkających obok nas siostrach. Siostra Waleria zajmowała się ogrodami i zawsze częstowała sąsiadów pierwszymi pomidorami, siostra Zofia kosze jabłek ludziom rozdawała, a siostra Justyna była mistrzynią kuchni.

W latach wojennych bywałam u sióstr często. Nie przelewało się wtedy nikomu i odżywiano się skromnie, ale tak smacznej zacierki, jaką gotowała siostra Justyna, nigdy nie jadłam. I choć rodzice gniewali się, to wyskakiwałam czasem do „Klonówki” na siostry zacierkę lub gryczane bliny. A w międzyczasie siostra jakiejś modlitewki, czy wierszyka nauczy. Była też siostra Marianna, Julianka, Irena i wiele z nich wracając z kościoła przystawało przy naszej bramce, by trochę porozmawiać. Siostry te raczej nie miały większego wykształcenia, ale promieniowała z nich zaiste anielska dobroć i prostota. Zajmowały się głównie ogrodami. Latem przyjmowały do siebie dzieci na wypoczynek (rzekomo z biednych rodzin), by potajemnie uczyć ich katechizmu i przygotowywać do Pierwszej Komunii. Niejedna z nich przypłaciła to więzieniem.

Jako zupełnie jeszcze małe dziecko — pamiętam jedną noc, jak podjechał „czornyj woron” i zatrzymał się pomiędzy naszą bramką i sióstr. Rodzice, wiedząc co to oznacza, zaczęli się modlić — do której bramki wejdą politruki. Poszli do sióstr i zaczęli je dosłownie wyciągać i pakować do samochodu, siostry strasznie płakały, sąsiedzi próbowali błagać, by im dano spokój. Nic nie pomogło. Były osądzone politycznie jako „wragi naroda” tylko dlatego, że znaleziono w ich domu literaturę katolicką.

Niewiele wtedy z tego rozumiałam, a i rodzice nie chcieli mi niczego tłumaczyć, tylko w domu zaczęli skrzętnie segregować książki i niektóre chować w stodole na strychu. Los katorgi nie ominął także i siostry Ireny. Przebyła 5 lat w Kazachstanie. Różne ciężkie prace wykonywała, najgorsze było to, że najbardziej doskwierał głód. Rano dawali chochlę zupy i łyżkę kaszy i tyleż samo wieczorem.

— Ale i tu miałam szczęście. W moim baraku była też jedna z naszych sióstr, Bronisława, która pracowała na plantacjach czerwonych arbuzów. Mogła nie tylko jeść, ile chciała, ale jeszcze i do baraku przynieść. A więc stale mnie podkarmiała arbuzami. Mało tego, nocą zakradała się do kuchni i gotowała z tych arbuzów wspaniałe powidła i nam przynosiła — mówi siostra Irena.

Ale to jeszcze nie wszystko. W kuchni przy zmywaniu naczyń pracowała pewna pani Janina z Wilna. Nie wiem jak, ale często umiała nam nieco jedzenia „skombinować” i po kryjomu przynosiła. A więc i pod tym względem siostry miały szczęście.

Powróćmy jednak do dnia dzisiejszego. Czym żyje i jak spędza czas siostra Irena? Żyje spokojnie zatopiona w modlitwie i wraz ze swoją siostrą Marią mają piękne ogrody: ziemniaki, różne warzywa, trochę kwiatków. I we wszystkim siostra widzi cuda Boże. Dobrze też pamięta siostry — Wandę Boniszewską i Helenę Majewską.

— To były anielskie osoby, ciche, pokorne i zawsze optymistyczne. Kiedy przełożoną była siostra Helena, to była nam lepsza niż matka — mówi.

Z wielkim sentymentem siostra Irena wspomina swego nauczyciela Józefa Koteckiego. — W Pryciunach były cztery klasy, a on był nie tylko nauczycielem, ale w pewnym sensie ojcem duchownym, bo był bardzo pobożny i nas tego uczył — mówi siostra Irena.

Boże, było tyle wspomnień, śmiechu, uścisków i łez radości, że nie sposób tego wszystkiego tu opisać. Ale nie mogę też pominąć jednego momentu. Siostra Irena bardzo dobrze się czuła w klasztorze, ze wszystkimi siostrami żyła nie tylko w zgodzie, ale i w przyjaźni, tylko bardzo tęskniła za swoją mamą. Ówczesna matka przełożona nawet zaproponowała jej, żeby wobec tego wyszła z zakonu. Ale z zakonu wyjść nie potrafiła, bo tu czuła się najlepiej.

Powróćmy raz jeszcze do Pryciun. Pomimo że są trochę na odludziu, bo do najbliższego kościoła do Bujwidz mają 7 kilometrów, nie mają też sklepu, tylko raz w tygodniu przyjeżdża sklep objazdowy i niezbędne produkty można w nim kupić, to życie tu całkiem nie zamarło. Latem jest ludno i czasem bardzo ludno. Przyjeżdża młodzież, wycieczki z Polski itp. W Pryciunach stoi spora kapliczka jeszcze z pierwszej połowy XIX wieku, gdzie ludzie się często modlą. Od dobrych kilkunastu lat z Bujwidz do Pryciun 31 lipca zawsze idzie piesza pielgrzymka „Śladami Wandy Boniszewskiej”, a teraz i śladami Heleny Majewskiej do tej kapliczki, którą zawsze prowadzi obecny proboszcz Ryszard Peciun i przy kaplicy odprawia Mszę św. o rychłe wyniesienie tych obu sióstr na ołtarze. A ubiegłoroczny wrzesień dla siostry Ireny był wyjątkowy. Skończyła właśnie 90 lat, a bal był na 24 fajerki. Zjechały się siostry zakonne, rodzina, znajomi. Było chyba z 50 osób. Życzenia, kwiaty, gratulacje…

— Nie wiem, jak to się stało, ale tak się natańczyłam na te swoje urodziny i to natańczyłam się z młodzieżą, aż mi teraz wstyd, gdy to przypominam — mówi siostra Irena. I przypomniała sobie wiersz, który na imieniny śp. ks. Czesława Barwickiego, który był w jej młodości w Kalwarii, nauczyła ją siostra Wanda Boniszewska i cały wiersz z pamięci nam zarecytowała. „Gdybym była wielkim panem/Hrabią lub z baronów/Albo tureckim sułtanem/I wśród licznych miast i włości/Miała tak ze sto milionów/To bym ci we własnym domu/Sprawiłabym imieniny/O jakich nie marzyło się nikomu”.

Gdy tak sobie po powrocie chciałam wszystko ułożyć w głowie, to w pewnym momencie uświadomiłam, że Bóg zupełnie inaczej ocenia ludzi niż my, wybiera czasem niezrozumiałe dla nas miejsca i sytuacje dla swojej działalności. Z pewnością niewiele osób wiedziałoby coś o Pryciunach, gdyby nie kandydatki na ołtarze Wanda Boniszewska i Helena Majewska, a kto wie, może też w przyszłości siostra Irena i kardynał Henryk Gulbinowicz, bo wszak się też z tych okolic wywodzi. Za całokształt swojej cichej i niewidzialnej działalności przed paroma laty siostra Irena Kardis została nagrodzona przez ówczesnego prezydenta Polski Bronisława Komorowskiego Złotym Krzyżem Zasługi Rzeczpospolitej Polskiej. Było to dla niej ogromnym zaskoczeniem, ale i ogromną radością. — Wie pani, to może trochę nie jest skromne, co teraz powiem, ale ta okolica chyba jest jakaś magiczna, ona po prostu zmusza, by człowiek był lepszy, ona ma coś w sobie z niebiańskiego uśmiechu — w międzyczasie dorzuca siostra Irena. Oby tak rzeczywiście było i oby nadal tu panowała taka kojąca, pełna dobrych emocji atmosfera i wydawała nowych robotników żniwa, jak wspomniane siostry.

HISTORIA ZGROMADZENIA SIÓSTR OD ANIOŁÓW

Bezhabitowe Zgromadzenie Sióstr od Aniołów zostało założone w Wilnie przez ks. Wincentego Kluczyńskiego, przy współudziale Bronisławy Stankowicz w 1889 r. Zgromadzenie należy do wachlarza niehabitowych zgromadzeń, zakładanych w warunkach prześladowania Kościoła, których członkowie stanowili armię, której ponoć car rosyjski miał się więcej przestraszyć niż przegranej wojny z Japonią. Główną ideą towarzyszącą zakładaniu zgromadzenia było werbowanie i formowanie światłych niewiast, które bez zwracania na siebie uwagi będą pomagać kapłanom w ewangelizacji. „Idźcie, torujcie światu drogę do zbawienia. Idźcie…!” Ich praca miała polegać na aktywizowaniu świeckich do apostolstwa, działających w społeczeństwie na wzór sieci pajęczej. Idea apostolstwa we współpracy ze świeckimi okazała się prekursorska dla współczesnego charakteru pracy Kościoła. Obecnie siostry są w Polsce, na Litwie, Białorusi, Ukrainie, w Rosji, Czechach, a także w 3 krajach afrykańskich: Rwandzie, Kongo i Kamerunie. Są zaangażowane w różnych profesjach, często na etatach państwowych jako pielęgniarki, lekarze, psychologowie, wychowawczynie, nauczycielki itp. Pracę z młodymi ludźmi, na rzecz przyszłości społeczeństwa i Kościoła traktują priorytetowo. Nieposiadanie habitu ułatwia im kontakt ze świeckimi, toteż nierzadko odgrywają rolę „łącznika” między zsekularyzowanym światem a Kościołem, wspierając Go z pozycji świeckich. Wzorem dla nich jest Jezus świadczący wszystkim dobro. Aniołowie są ich nauczycielami w służeniu Bogu i człowiekowi. Nazaret — szkołą życia ukrytego.